Na północno-zachodnim krańcu Wysp Tuamotu, na Polinezji francuskiej znajduje się atol nieco inny niż wszystkie.
Mataiva intryguje już od momentu przelotu nad jej naturalnymi basenami. Tego atolu nie przypomina żaden inny. I być może właśnie dlatego wciąż pozostaje dobrze strzeżoną tajemnicą.

Dostępna w niecałą godzinę lotu z Tahiti, Mataiva jest daleko od wszystkiego. Daleko od hałasu, od tempa życia, od masowej turystyki. Z około 300 mieszkańcami i dwoma rodzinnymi pensjonatami – Mataiva Village (https://www.facebook.com/Pension.mataiva.village/) i Ariiheevai (oraz kilkoma ofertami Airbnb) – atol oferuje rzadką możliwość zanurzenia się w prostą, hojnie obdarzoną i niezwykle łagodną Polinezję.
Byliśmy tam w maju, z naszą dwuletnią córeczką. I cóż to była za radość – zapomnieć o codziennej logistyce! W pensjonatach, gdzie gościnność jest równie ważna jak domowe posiłki, wszystko jest wliczone: transfery, noclegi, trzy posiłki dziennie, wycieczki. Około 88 000 Franków (3 200 zlotych) dla dwóch osób za cztery noce. Bilet w obie strony (z Tahiti) kosztuje od 25 000 do 30 000 XPF (895-1000 złotych) w zależności od linii lotniczej. Luksus prawdziwego odcięcia się od świata na kilka dni. Z dzieckiem jest to idealne rozwiązanie : nie trzeba się zastanawiać co robić ani co ugotować. Łatwo wpaść w rytm wyspy: przejażdżki rowerowe, wycieczki łodzią po lagunie i rozmowy z gospodarzami, którzy dzielą się swoimi anegdotami.

Ale w Mataivie można się zauroczyć jeszcze zanim postawi się stopę na jej białych plażach od – momentu spojrzenia przez okno samolotu.
Loty z Tahiti odbywają się tylko dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele z Papeete. Z lotu ptaka laguna odkrywa swój sekret: mozaikę około siedemdziesięciu naturalnych basenów, głębokich na 8-10 metrów, otoczonych koralowcami i krystalicznie czystą wodą. Mataiva wyróżnia się także dziewięcioma naturalnymi kanałami, zwanymi „hoa”, które przecinają barierę koralową. To stąd atol wziął swoją nazwę: Mataiva, dosłownie „dziewięć oczu”.

Zawieszone chwile
Pensjonat Mataiva Village, w którym się zatrzymaliśmy, znajduje się w spokojnej wiosce Pahua. Obiekt oferuje kilka prostych, ale komfortowych pokoi oraz kilka indywidualnych bungalowów rozmieszczonych w kwitnącym ogrodzie… pełnym krabów! Trzeba zachować ostrożność, chodząc boso, zwłaszcza w nocy, gdy ciekawscy lokatorzy wypełniąją alejki.
Podobnie jak w pensjonacie naprzeciwko, codziennie proponowany jest mały program wycieczek. Najpierw łodzią: w stronę wysepki zamieszkanej przez ptaki morskie, potem na skałę nazwaną „pępkiem Mataivy”. W końcu schodzimy na przepiękną plażę, tylko dla nas, gdzie przygotowywany jest tradycyjny posiłek złożony z grillowanego tuńczyka. Następnego dnia zmiana klimatu – odkrywanie wyspy samochodem 4×4: degustacja świeżo upieczonego chleba kokosowego, grillowane ryby, kąpiel z płaszczkami, krótka drzemka w cieniu… zawieszony moment, pełen łagodności.

Liczba odwiedzających jest ograniczona, co ułatwia zapoznanie się i kontakt z innymi. Można poświęcić czas na dzielenie się doświadczeniami, tworzenie prostych i serdecznych więzi z innymi podróżnikami i z mieszkańcami. Oprócz kilku emerytów z południowej Francji, poznaliśmy parę z dwójka maluchów mniej więcej w wieku Gai, którzy od paru lat mieszkają na Tahiti. Nic nie łączy tak jak wspólne problemy związane ze snem maluchów!
Nasze ulubione miejsce ? Papiro. Idealnie biała, nienaganna plaża położona w środku krystalicznie czystej wody. Tam nic innego nie istnieje: ani troski, ani powiadomienia (ciężko w takich miejscach o dobre łącza). Czas się zatrzymuje. Pozostaje laguna, wielobarwne ryby i to rzadkie uczucie dotknięcia czegoś istotnego. Nie będę ukrywać – powrót do rzeczywistości jest trudny.

Toksyczna przeszłość
Pod pozornym spokojem wyspa wciąż nosi ślady mało znanej historii. W 1981 roku eksploatacja fosfatu zaburzyła ekosystem: proliferacja alg sprawiła, że ryby z laguny stały się toksyczne przez prawie dziesięć lat. Dziś projekt wznowienia wydobycia powraca, wywołując obawy i dyskusje.
Mieszkańcy żyją głównie z turystyki i produkcji kopry: 4 000 kokosów daje tonę wysuszonego miąższu, sprzedawanego po około 167 CFP/kg. Słodka woda jest rzadka – wręcz cenna – zbierana przez systemy do gromadzenia deszczówki. W urzędzie miasta można ją kupić na litry. Dostęp do gruntów pozostaje bardzo ograniczony: ziemie są przekazywane w rodzinach, a działka 1 000 m² może kosztować nawet 15 milionów CFP (ponad 530 000 złotych).
Nie brakuje również codziennych natręctw: komarów i irytujących nōnos (maleńkie, ale boleśnie kłujące muszki). Ciche zachody słońca i wędkowanie stają się piękną kompensatą.
Mataiva nie jest miejscem efektownym. To miejsce, które trzeba zasłużyć, przeżyć powoli i które zostaje z tobą na długo. Przerwa od świata, a może trochę też od upływającego czasu.






Laisser un commentaire