Polska wersja cz. 1
Opisane tutaj doświadczenia są osobiste i nie ujawniają żadnych poufnych informacji o firmie ani jej klientach.
Wszystko zawdzięczam mojej imienniczce, D., którą spotykam podczas studiów magisterskich w Hiszpanii. Nie jesteśmy blisko – właściwie prawie się nie znamy. Wygląda na to, że unika rodaków, wybierając towarzystwo obcokrajowców. Ja również, poza kilkoma znajomymi z polsko-paryskiej grupy teatralnej (mieszkam wówczas na stale we Francji, a w Madrycie spędzam roczną wymianę studencką) trzymam się głównie z ludźmi ze studiów i pracy – też spoza Polski.
D. intryguje mnie swoją nieobecnością na wykładach i tajemniczą pracą, o której wspomina raz czy dwa. Pracą, której motywem przewodnim są podróże. Jak mogę się nie zainteresować? Właśnie kończę pisać magisterkę i zupełnie nie mam na siebie pomysłu.
Zostaję nomadką
To ona przedstawia mi firmę W. – hiszpańskie wydawnictwo z francuskojęzycznym szefem i siedzibą w Madrycie. Szukają nowych ludzi. Tak zwanych „nomadów”. Oficjalnie: International Sales & Business Consultant – cokolwiek to znaczy.
Wymagania? Oczywiście wykształcenie wyższe – najlepiej coś z biznesu, marketingu, PR-u albo stosunków międzynarodowych. Do tego mile widziane doświadczenie w sprzedaży. No cóż… po filologii, pracy jako nauczycielka i kelnerka, nie do końca pasuję do tego obrazka. Ale szybko okazuje się, że papiery nie są najważniejsze.
Liczy się coś zupełnie innego: energia, elastyczność kulturowa, języki i ogólna prezencja. Rekrutacja idzie gładko, chociaż nadal nie do końca rozumiem, na czym będzie polegać moja praca. Angielski? Wymagany na poziomie „bardzo dobrym”, a umówmy się – nie jest to mój konik. Na szczęście mam inne atuty – wysoka, wygadana, pewna siebie blondynka świetnie wpasuje się w ich wizję.
I jeszcze jedno: kandydat musi być gotowy podróżować 11 miesięcy w roku, z czego każdy projekt trwa 3–4 miesiące. Idealnie! Singielką nie jestem, ale związek ledwo zipie, a szczerze? Kto mi zabroni ruszyć w świat?

Świat sponsorowanych artykułów
W. przedstawia się jako „globalne wydawnictwo”, zajmujące się „analizą biznesową i reklamą w mediach wieloplatformowych”. Firma stawia sobie za cel „łączyć ludzi biznesu poprzez tworzenie analiz rynkowych (business intelligence), treści multimedialnych oraz działań reklamowych”. Brzmi jak po chińsku?
A konkretnie?
Publireportaż – brzmi znajomo? Czasem w prasie można dostrzec małe logo w rogu strony z tym tajemniczym słowem. A za nim kryje się nic innego jak reklama w przebraniu artykułu. Tekst wyglądający jak rzetelne dziennikarstwo, a w rzeczywistości – pisany pod dyktando klienta, który za niego zapłacił. Ot, taki elegancki PR. Jego celem jest promowanie produktu, usługi, marki lub firmy, ale w sposób bardziej subtelny i informacyjny niż typowa reklama.
I właśnie tym zajmuję się w mojej pracy, choć międzynarodowo. Nasze publireportaże mają na celu promocję danych krajów na arenie międzynarodowej i w profesjonalnej prasie, by przyciągnąć inwestorów.
Warto dodać, że takimi publireportazami zajmuje się wiele firm na świecie, wśród nich Oxford Business Group.

Schemat wygląda zawsze podobnie: wybierany jest kraj rozwijający się – taki, w którym rządzący lubią rozmawiać z cudzoziemcami i łatwiej ich przekonać do wyłożenia solidnej gotówki. A jeszcze lepiej taki, który właśnie został dotknięty porządnym kryzysem, np. morderczym cyklonem, plagą wirusa eboli czy niestabilną sytuacją ekonomiczną.
Tam ląduje nasz dwuosobowy „team”: on – dziennikarz z notatnikiem, ja – negocjatorka, czujna obserwatorka i mistrzyni small talku przy kawie w ministerialnym gabinecie lub na szykownym bankiecie. Fun fakt, na jednym z takich imprez biorą mnie za szpiega! A zawsze skrycie marzyłam o tym, by nim być. „Mam na imię Daria. Daria Myszka.”
Nie mamy żadnych kontaktów na miejscu. Zero. Praca zaczyna się od googlowania nazwisk, chodzenia po urzędach i czekania, czasem wielu godzin, na choćby jedno spotkanie. Liczy się jedno: dotrzeć do osób, które mogą podjąć decyzję – i przekonać je, że płatny reportaż w prestiżowym tytule (np. Harvard Business Review czy South China Morning Post) to dla ich kraju nie tylko promocja, ale i inwestycja w wizerunek.
Pierwsze podróże: Jamajka i Antigua
Na pierwszy projekt jako „trainee” w ramach szkolenia, lecę do Kingston, na Jamajke. Dołączam do zespołu, który kończy już swoją pracę. Moim pierwszym zadaniem jest wynegocjowanie barteru z hotelem Hilton – chodzi o kilka dodatkowych tygodni pobytu.
Negocjacje odbywają się po angielsku. Chyba nigdy wcześniej nie czułam tak mocno syndromu oszusta. Język, argumenty, negocjacje… Ale jakoś idzie. Całkiem nieźle. Zamieszkujemy w hotelu.
Po kilku tygodniach obserwacji lecę dalej – do Antigua i Barbuda, wyspiarskiego państwa na Morzu Karaibskim, w archipelagu Małych Antyli. Tam kontynuuję swój trening pod czujnym okiem Emmy – brytyjskiej mistrzyni negocjacji, której charyzma doskonale współgra z burzą rudych loków. Wiele się od niej uczę. Przede wszystkim tego, że oprócz pracy warto też korzystać z tego, co oferuje miejsce, w którym się akurat jest. Po prostu: korzystać z życia.

Zaczynam też rozumieć, że sprzedaż albo ma się we krwi, albo nie ma się jej wcale. A kluczem do sukcesu jest wiara w to, co się oferuje.
W końcu przychodzi czas na mój pierwszy samodzielny projekt. Kierunek: Vanuatu. Ten archipelag na drugim końcu świata to dawna kolonia brytyjsko-francuska, nosząca nazwę Nowe Hebrydy.
Javiera, hiszpańskiego kolegę z zespołu, poznaję dopiero na lotnisku w Abu Dhabi. Jako obywatelka Polski nie mogę lecieć przez Stany z Karaibów na Pacyfik (mimo że byłoby sto razy krócej), bo – wiza. A wniosek o nią trzeba składać w Paryżu. A Paryż akurat trochę nie po drodze.
Więc okrążam praktycznie całą planetę, żeby dostać się na Pacyfik. Dobrze, że lubię latać. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że w międzyczasie, czekając na samolot w Saint Lucii, przypiekam sobie tyłek na plaży położonej dosłownie kilka minut od lotniska. Taki mały detal, który sprawia, że siedzenie w samolocie przez prawie dwie doby staje się aktem heroizmu. Problemy pierwszego świata, wiem.
Po kilku dniach na Airbnb, zamieszkujemy z Javierem w Iririki Island Resort & Spa, luksusowym ośrodku położonym na prywatnej wyspie, w sercu portu Port Vila, stolicy Vanuatu. To mój pierwszy wynegocjowany samodzielnie kontrakt w formie barteru.
Drugim krokiem jest umówienie spotkania z premierem, Charlotem Salwai. Każdy projekt warto zaczynać od „najgrubszej ryby” – to ona może polecić nas swoim ministrom, a ci z kolei odpowiednim dyrektorom, którzy dysponują budżetem na pokrycie kosztów publireportażu. Wszystko musi odbywać się legalnie, ale wkład finansowy ma być zagwarantowany z góry. Tak też jest i tym razem. Dzięki rekomendacji premiera drzwi do ministerstw otwierają się same. Finanse, edukacja, rolnictwo, środowisko… spotkanie z ministrem, wywiad, prezentacja projektu, telefon, rekomendacja. Następnie spotkanie z gubernatorem banku, dyrektorem publicznego uniwersytetu czy prezesem lotniska, kolejny wywiad, negocjacje, kontrakt. Powtórz.

Kontrakty odpowiadają wybranej przez decydenta przestrzeni reklamowej. Ceny wahają się od 10 tysięcy dolarów za najmniejszą powierzchnię reklamową do 100 tysięcy za stronę. Wybory zależą głównie od wielkości ego danej persony. Ego w Vanuatu jest raczej skromne.
Co innego w Gwinei…
Cdn.






Laisser un commentaire